PSYCHODELICZNY ROCK

 Styl kwitnący w ciągu trzech bardzo brzemiennych dla rocka lat 1966 - 1969. Wyznacznikiem tego kierunku jest poszukiwanie nowych brzmień i rozwiązań formalnych. Uzyskiwano je m.in. poprzez zastosowanie egzotycznych i nietypowych dla rocka instrumentów oraz przez nowatorskie podejście do obróbki materiału w studio nagraniowym (w czołówce jak zwykle The Beatles). Inną cechą psychodelii są specyficzne, miękkie harmonie wokalne, wywodzące się z muzyki folk. Wynikiem jest "nierealność" psychodelicznych piosenek. Styl ten, wraz z coraz większą rolą płyt długogrających i wydłużaniem się czasu trwania utworów w naturalny sposób przerodził się w szeroko pojęty rock progresywny.

Bardzo często etykietkę psychodelii przypinano innym stylom muzycznym. Po prostu słówko psychodelic stało się trendy, szczególnie w USA. Tak więc pod psychodelię podciągnięto hurtem amerykańskie zespoły grające rozimprowizowanego acid rocka (m.in Grateful Dead, Country Joe & The Fish) oraz jego europejską odmianę czyli space rocka (m.in Man, Hawkwind). Zaliczanie muzyki avangardowej (np. Frank Zappa) do psychodelii to już poważne przegięcie. Nie wystarczy też użyć słowa psychodelic w nazwie albumu, aby muzyka stała się automatycznie psychodeliczna (m.in. "Psychodelic underground" Amon Duul). W Ameryce do tej pory wiele osób nazywa takie płyty jak "Surrealistic pillow" Jefferson Airplane i "Forever changes" Love "kamieniami milowymi" psychodelii, chociaż jest tam jej niewiele. Sam słyszałem kiedyś, jak młoda, nierozgarnięta osoba użyła słowa psychodeliczny na określenie zespołu Kolaboranci (sic!).

Przedstawiona poniżej lista zawiera 11 (nie udało mi się zawężyć ilości do tytułowej dziesiątki, żal każdej płyty) tzw. ważnych albumów, głównie brytyjskich. Każda z tych płyt zasługuje na bliższe poznanie.

 


THE BYRDS - FIFTH DIMENSION (1966)

  1. 5 D (Fifth dimension)
  2. Wild Mountain Thyme
  3. Mr. Spaceman
  4. I See You
  5. What's Happening?!?!
  6. I Come And Stand At Every Door
  1. Eight Miles High
  2. Hey Joe
  3. Captain Soul
  4. John Riley
  5. 2-4-2 Fox Trot

Jim McGuinn - 12-string guitar & vocals
David Crosby - rhythm guitar & vocals
Chris Hillman - bass guitar & vocals
Michael Clarke - drums

Wyjątkowy zespół, który jako pierwszy wypracował swoją własną oryginalną koncepcję psychodelii, później powszechnie naśladowaną i zaszufladkowaną jako "psychodelic folk". Nie ma tu jeszcze wymyślnej obróbki dźwięku, nie ma poszukiwań sonorycznych. Specyficzną atmosferę temu albumowi nadają doskonałe, chóralne partie wokalne wywodzące się bezpośrednio z muzyki folk. Słodkie, miękkie harmonie z przeciąganymi nutami sprawiają nieziemskie wrażenie. Ten sposób śpiewania później przejmą m.in. The Beatles i Pink Floyd.

Jest to bardzo ważna pozycja. Na płycie znajduje się pierwszy psychodeliczny utwór, który zawojował listy przebojów. Oczywiście mowa o legendarnym "Eight miles high", z solówką McGuinna podobno zainspirowaną grą Coltrane'a. Kolejne utwory, które przeszły do Historii Rocka, to przepiękny i stylowy "I see you" Crosby'ego, nagrany później przez Yes, oraz cover "Hey Joe", powszechnie znany z wykonania Jimiego Hendrixa. Posłuchajcie, co wyprawia w tych numerach perkusista Michael Clarke! Czad!
Doskonale próbę czasu wytrzymały także wszystkie ballady na tej płycie, m. in. folkowy standard "Wild Mountain Thyme", "I come and stand at every door" i "John Riley". W zasadzie ten longplay nie ma słabych punktów.

Doskonałą robotę wykonał gitarzysta Jim McGuinn, który świetnie ubarwia nagrania swoimi "schizofrenicznymi" solówkami zagranymi na 12-strunowej gitarze. Świetnie wypadł mój ulubieniec David Crosby, zarówno jako wokalista, jak i autor dużej części materiału oraz perkusista Michael Clarke. Wyraźnie czuć na tej płycie spontaniczność i radość grania.


THE BEATLES - REVOLVER (1966)

  1. Taxman
  2. Eleanor Rigby
  3. I'm Only Sleeping
  4. Love You To
  5. Here, There And Everywhere
  6. Yellow Submarine
  7. She Said, She Said
  1. Good Day Sunshine
  2. And Your Bird Can Sing
  3. For No One
  4. Dr. Robert
  5. I Want To Tell You
  6. Got To Get You Into My Life
  7. Tomorrow Never Knows

John Lennon - rhythm guitar & vocals
George Harrison - lead guitar & vocals
Paul McCartney - bass & vocals
Ringo Starr - drums & vocals

Beatlesi to bardzo utalentowani twórcy. Szybko pojęli, o co chodzi w nowym kierunku, nie dość tego, doskonale się czuli w tym trendzie. Już na albumie "RUBBER SOUL" jako pierwsi wykorzystywali tak nietypowe dla rocka instrumenty, jak sitar czy klawikord. A utwór George'a Harrisona pt. "If I needed someone" śmiało można zaliczyć do psychodelii.
Także promujący ten album singiel "Paperback writer / Rain" to czystej wody psychodeliczna perła. W utworze Lennona "Rain", nawiązującym do twórczości The Byrds, po raz pierwszy (znowu!) zastosowano taśmę odtwarzaną od końca.

Na płycie "Revolver" mamy już szeroki wachlarz środków i rozwiązań brzmieniowych. Zwolnione partie wokalne, bogate harmonie, użycie egzotycznych instrumentów, eksperymenty z taśmami, do tego świetne wykonanie.

Każdy z Beatlesów zabłysnął na tym albumie. Najwspanialszym jego momentem jest bez wątpienia "Tomorrow never knows", kompozycja Lennona zainspirowana tybetańską Księgą Zmarłych. Początkowo Lennon chciał wykorzystać chór mnichów tybetańskich, ale musiał się zadowolić szeregiem taśm odtwarzanych od tyłu. Wspaniale zagrał tu Ringo Starr. Kolejne dzieło Lennona to "I'm only sleeping", cudownie senna kompozycja zaśpiewana z jazzowym drivem, okraszona gitarową solówką z taśmy odtwarzanej od tyłu. Jest to jeden z najpiękniejszych kawałków Lennona. Inne, bardzo dobre, poetyckie piosenki Lennona to motoryczne "She said, she said" i "And your bird can sing".
Także Paul McCartney ma się czym poszczycić. Jego song o samotności "Eleanor Rigby" to ósmy cud świata. Czysta poezja. Dzieło to jest zaaranżowane jedynie na instrumenty smyczkowe. A jeszcze jest śliczna ballada "Here, there and everywhere", tak często wykonywana przez twórców jazzowych, oraz  barokowo zaaranżowany "For no one".
George Harrison jako gitarzysta ma duży wpływ na brzmienie płyty. Posługuje się brudnym, chorym, przesterowanym soundem gitary. Doskonale słychać to w otwierającym album utworze "Taxman". W innym nagraniu jego autorstwa, "Love you to", Harrison po raz pierwszy tak otwarcie wchodzi w egzotyczne brzmienie Dalekiego Wschodu, korzystując z pomocy oryginalnych instrumentów i muzyków z Indii.

Najmniej podoba mi się tu kawałek napisany wspólnie przez McCartneya i Donovana pt. "Yellow submarine", zresztą największy przebój z tej płyty. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że ten raczej banalny utwór powstał jako piosenka dla dzieci (a nie dla kibiców).

Początkowo album miał nosić tytuł ABRACADABRA, a oryginalna, rasowa okładka została wykonana przez Klausa Voormana, byłego znajomego jeszcze z Hamburga.


PINK FLOYD - THE PIPER AT THE GATES OF DAWN (1967)

  1. Astronomy Domine
  2. Lucifer Sam
  3. Matilda Mother
  4. Flaming
  5. Pow R. Toc H.
  6. Take Up Thy Stethoscope And Walk
  7. Interstellar Overdrive
  1. The Gnome
  2. Chapter 24
  3. Scarecrow
  4. Bike

Syd Barrett - lead guitar & vocals
Roger Waters - bass guitar & vocals
Richard Wright - organ & piano
Nick Mason - drums

Porażający debiut! Pink Floyd zaproponował zupełnie oryginalną wizję psychodelii. Brak tu jakichkolwiek powiązań z innymi stylami. Album składa się z samych perełek wypełnionych niesamowitą, wręcz baśniową atmosferą. Te nowe, świeże podejście zawdzięczamy wyobraźni Syda Barreta, ówczesnego lidera zespołu i autora aż 9 z 11 utworów na tym albumie.
Po raz pierwszy tak pomysłowo wykorzystano możliwości tkwiące w analogowych instrumentach klawiszowych. Muzyka nie byłaby tak bajecznie barwna, gdyby nie Rick Wright i jego organy. Bardzo dużą rolę odegrała doskonała jakość techniczna tych nagrań, za którą jest odpowiedzialny producent Norman Smith.

Poziom płyty zapiera dech. Od kosmicznego "Astronomy Domine", poprzez bajkowe "Lucifer Sam" , "Matilda mother", "Flaming" do "Pow R Toc H" znajdujemy się w psychodelicznym raju. Pierwszą stronę płyty kończy epicki "Interstellar overdrive", żelazny numer koncertowy Pink Floyd. Na drugiej stronie powracamy do baśniowej aury za sprawą nagrań "The gnome", "Chapter 24" i "Scarecrow". We wszystkich tych utworach pojawiają się przepiękne, czarodziejskie brzmienia wydobywane z organów i mellotronu przez Ricka Wrighta.

Żeby nie było aż tak pięknie, to przyznam, że jest tu jeden kawałek bardzo kiepski. To kończący płytę "Bike". Można też przyczepić się do niezłego numeru "Interstellar overdrive", który stylistycznie nie pasuje do reszty nagrań. Album był poprzedzony genialnymi singlami "Arnold Layne" i "See Emily Play", które można znaleźć na kompilacji "RELICS" oraz na wydawnictwie "FIRST 3 SINGLES".


THE BEATLES - SGT. PEPPER'S LONELY HEARTS CLUB BAND (1967)

  1. Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band
  2. With A Little Help From My Friends
  3. Lucy In The Sky With Diamonds
  4. Getting Better
  5. Fixing A Hole
  6. She's Leaving Home
  7. Being For The Benefit Of Mr. Kite!
  1. Within You Without You
  2. When I'm Sixty-Four
  3. Lovely Rita
  4. Good Morning Good Morning
  5. Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band (Reprise)
  6. A Day In The Life

John Lennon - rhythm guitar & vocals
George Harrison - lead guitar & vocals
Paul McCartney - bass & vocals
Ringo Starr - drums & vocals

Bardzo przeceniana płyta. Osobiście nie uważam "PEPPERA" za największe osiągnięcie Beatlesów. Wręcz przeciwnie, jak na ten doskonały zespół, jest to słabsza płyta. Brakuje na niej typowego dla nich introwertycznego żaru emocjonalnego. To jest obraz świata zewnętrznego opowiedziany przez chłodnego, bardzo chłodnego obserwatora. Tym obserwatorem jest Paul McCartney, autor przeważającej ilości materiału (są tu 3 utwory Lennona i tylko 1 Harrisona). Ponadto Beatlesi zbytnio wdali się eksperymenty studyjne, co zaowocowało doskonałym brzmieniem albumu ( tylko 4 ścieżki), ale jednocześnie osłabiło szczerość wypowiedzi.

Nawspanialszym momentem płyty jest niepowtarzalny "A day in the life", kompozycja złożona z dwóch osobnych piosenek, zgrabnie połączonych przez Georga Martina. Główna część, napisana i przepięknie zaśpiewana przez Lennona, zainspirowana jest bezsensowną śmiercią Tara'ego Browna, spadkobiercy fortuny Guinessa, osoby powszechnie znanej w świecie londyńskiej bohemy. W całość wpleciono utwór McCartneya o banalności dnia codziennego.
Następnym rarytasem jest także kompozycja Lennona pt "Lucy in the Sky with Diamonds". Cudowna, nierzeczywista aura, przepiękny wokal, bogate tło muzyczne. Jedynym minusem jest nieco banalny refren psujący bajkową atmosferę.
Ważnym utworem jest jedyna kompozycja Harrisona. "Within you without you" to głęboka, filozoficzna przypowieść w formie indyjskiej ragi. Wyjątkowa rzecz.

Album zawiera dwie piosenki o dużym ładunku przebojowości. Jedna z nich to optymistyczny i zgrabny "With a little help from my friends" zaśpiewany przez Ringo Starra. Druga to żartobliwy, wodewilowy pastisz "When I'm sixty-four". Piosenka żartobliwa a jednocześnie poważna. Wszyscy będziemy kiedyś starzy i trzeba o tym pamiętać.

Wiele jest na "PIEPRZU" kawałków średnich, które nie wznoszą się ponad przeciętność. Zaliczam do nich m.in. "Fixing a hole", "She's leaving home" czy "Lovely Rita".
Niestety, niestety są na tym albumie kawałki wyraźnie kiepskie, co Beatlesom się dotąd nie zdarzało. Przykładem jest "Getting better" czy "Good morning, good morning". Także tytułowy "Sgt. Pepper" jest słabiutki, co dziwi, gdyż jego reprise to z kolei najbardziej żywy fragment płyty.

Najmniej beatlesowska płyta Beatlesów. Lennon i Harrison napisali na nią cztery utwory, utwory wielkie, ale tylko cztery. Dziurę musiał zapełnić McCartney i nie do końca mu się udało. Wielka szkoda, że Anglicy z zasady nie umieszczali nagrań z singli na albumach. Albowiem "PEPPERA" promował singiel wszechczasów z genialnymi utworami będącymi rozliczeniem z dzieciństwem, "Strawberry fields forever / Penny Lane".  Na szczęście ta twórcza niedyspozycja Beatlesów była chwilowa, czego dowodem "MAGICAL MISTERY TOUR" - doskonały zbiór singli z tego samego roku 1967!

Doskonałe brzmienie albumu jest zasługą nie tylko George'a Martina, ale także i Normana Smitha. Dzięki nim powstało jedna z wielu perełek brzmieniowych nagranych na magnetofonie czterościeżkowym.


TRAFFIC - MR. FANTASY (1967)

  1. Heaven Is In Your Mind
  2. Berkshire Poppies
  3. House for Everyone
  4. No Face, No Name, No Number
  5. Dear Mr. Fantasy
  1. Dealer
  2. Utterly Simple
  3. Coloured Rain
  4. Hope I Never Find Me There
  5. Giving To You

Steve Winwood - organ, guitar, bass guitar, piano, harpsichord & vocals
Dave Mason - guitar, melotron, sitar, tambura, shakkai, bass guitar & vocals
Chris Wood - flute, saxophone, organ & vocals
Jim Capaldi - drums, percussion & vocals

Kolejny doskonały debiut! Zespół prowadzony przez Winwooda, cudowne dziecko angielskiego R&B, przedstawił postmodernistyczny kalejdoskop różnorodnych stylów muzycznych od pop, soul do jazzu i R&B w pikantnym, psychodelicznym sosie. Bardzo bogate, egzotyczne instrumentarium, twórcza rywalizacja Winwooda i Dave Masona, a także profesjonalna robota producenta Jimmy'ego Millera sprawiła, że "MR. FANTASY" stał się klasykiem.

Każdy utwór tu przedstawiony ma inne źródła. Otwierający album "Heaven is in your mind" jest typowym dla Traffic mariażem R&B, soul i pop. Następny utwór, "Berkshire poppies" nawiązuje do tradycji angielskiego wodewilu, bardzo wtedy popularnej i wykorzystanej np. przez Dylana w "Rainy Day Women Nos. 12 & 35".
"House for everyone" to acidowy "odjazd na maxa". Zabawy taśmami, odgłosy nakręcania budzika, beatlesowskie wstawki, smyczki, fazery itp. Powalający na kolana numer autorstwa Dave'a Masona. Zaraz później chwila oddechu w postaci bogato zaaranżowanej ballady o folkowych korzeniach pt. "No face, no name, no number" i znowu muzyka na najwyższych obrotach za sprawą 5-minutowego, rockowego klejnotu zatytułowanego "Dear Mr. Fantasy". Utwór zaczyna się spokojnie, balladowo, by poźniej przejść w ostre, bezkompromisowe granie. Najmocniejszy utwór na płycie.

Drugą stronę longplaya rozpoczyna czysto psychodeliczny "Dealer" o bardzo gęstej fakturze rytmicznej i nieco hiszpańskim rycie za sprawą wykorzystania gitary akustycznej jako instrumentu rytmicznego. Czuć tu stonesowskie wpływy z "Paint it black".
"Utterly simple", kompozycja Masona wykonana na oryginalnych instrumentach indyjskich, to egzotyczna wycieczka na Daleki Wschód. Utwór bardzo zbliżony do autentycznej muzyki indyjskiej. "Coloured rain" i "Hope I never find me there" to kolejne perełki pełne pomysłów, wyobraźni oraz beatlesowskiego czaru. Album kończy zwariowana, kojarząca się z dzisiejszym acid jazzem instrumentalna kompozycja "Giving to you". Nie ma tu ani jednego utworu, o którym można powiedzieć, że jest słaby.

Album promowały singlowe psychodeliczne superhity "Paper sun" i "Hole in my shoe". Można je usłyszeć na kompilacji "THE BEST OF TRAFFIC". Nowe, zremasterowane wydanie "MR FANTASY" zawiera jako bonus całą amerykańską wersję longplaya w mono.
Zaraz po nagraniu albumu odszedł od zespołu Dave Mason, który później udzielał się często jako muzyk sesyjny. Brał udział w nagrywaniu m.in. "ELECTRIC LADYLAND" Jimi'ego Hendrixa. Chłopcy z Rolling Stones, po wysłuchaniu tej płyty, zażyczyli sobie Jimmy'ego Millera na producenta  albumu "BEGGARS BANQUET".


CREAM - DISRAELI GEARS (1967)

  1. Strange Brew
  2. Sunshine Of Your Love
  3. World Of Pain
  4. Dance The Night Away
  5. Blue Condition
  1. Tales Of Brave Ulysses
  2. SWLABR
  3. We're Going Wrong
  4. Outside Woman Blues
  5. Take It Back
  6. Mother's Lament

Eric Clapton - guitar & vocals
Jack Bruce - bass & vocals
Ginger Baker - drums

W 1967 roku psychodelia stała się obowiązującym stylem. Wiele zespołów starało się podpiąć pod nową modę. Nie wszystkim się to udało (np. "SELL OUT" grupy The Who), ale sporo wykonawców doskonale wpisało się w psychodeliczny trend. Jednym z nich jest hardrockowa supergrupa Cream, bazująca na bluesie.

Album "DISRAELI GEARS" wypełnia wyjątkowo jednorodny, jak na ten zespół, materiał składający się z chwytliwych, melodyjnych utworów autorstwa głównie Jacka Bruce'a. Charakterystyczne, melodyjne chórki, ciekawe brzmienia gitar (m.in. efekt wah-wah), pomysłowa, "zafrykanizowana" gra bębniarza Gingera Bakera dają doskonały wynik.

Płyta zawiera aż trzy hity, a właściwie kamienie milowe muzyki rockowej. Są to "Strange brew", melodyjny, psychodeliczny kawałek z bluesowymi korzeniami, "Tales of brave Ulysses",  kompozycja Claptona będąca kwintesencją inteligentnego rocka oraz "Sunshine of your love", uważany za rockowy riff wszechczasów. Autorem tego riffu jest oczywiście Jack Bruce, a nie jak sądzą niektórzy, Eric Clapton.

Warte pochwały są świetne psychodeliczne ballady "World of pain", "We're going wrong" oraz szczególnie odlotowy "Dance the night away". Inne dobre utwory to oparty na ostrym riffie "SWLABR" i bluesowe kawałki pt. "Outside woman blues" i "Take it back".

Najgorszym nagraniem jest, moim zdaniem, kompozycja Bakera pt. "Blue condition". Trochę brakuje mi na tym longplayu długich, swobodnych solówek, do których przyzwyczaiła nas pierwsza płyta "FRESH CREAM". No cóż, jest ich aż w nadmiarze na płytach koncertowych.
Teksty piosenek pisał m.in. poeta Pete Brown, który później założył dwie kultowe formacje: Battered Ornaments i Piblokto. Płyta ta wywarła wpływ m.in. na polską grupę Breakout, co słychać na ich pierwszym albumie.


THE DOORS - STRANGE DAYS (1967)

  1. Strange Days
  2. You're Lost Little Girl
  3. Love Me Two Times
  4. Unhappy Girl
  5. Horse Latitudes
  1. Moonlight Drive
  2. People Are Strange
  3. My Eyes Have Seen you
  4. I Can't See Your Face In My Mind
  5. When The Music's Over

Jim Morrison - vocals
Ray Manzarek - keyboards
Robbie Krieger - guitar
John Densmore - drums

Kolejny wielki zespół, który bezproblemowo odnalazł się w psychodelicznym brzmieniu. W zasadzie The Doors nie musieli wiele się napracować. Do typowych dla siebie nagrań dołożyli jedynie gitarę slide, albowiem ich melodyka i brzmienie pasowało jak ulał do psychodelii. Dużą rolę odgrywa tu niepowtarzalny sound organów Raya Manzarka.

"STRANGE DAYS" to album doskonały, wszystkie utwory są na bardzo  wysokim poziomie. Pełno tutaj nieśmiertelnych klasyków grupy, począwszy od mocno psychodelicznych utworów takich jak "Strange days", "Unhappy girl" czy "Moonlight drive" i "I can't see your face in my mind", a kończąc na dynamicznych "Love me two times" i "My eyes have seen you" oraz poetyckim "People are strange".

Płytę kończy ponad 10-minutowy przykład epickiego rocka progresywnego w doskonałym numerze "When the music's over", choćby dla którego warto mieć ten tytuł.
Bez wątpienia najrówniejszy album Doorsów.


TYRANNOSAURUS REX - MY PEOPLE WERE FAIR... (1967)

  1. Hot Rod Mama
  2. Scenescof
  3. Child Star
  4. Strange Orchestras
  5. Chateau In Virginia Waters
  6. Dwarfish Trumpet Blues
  1. Mustang Ford
  2. Afghan Woman
  3. Knight
  4. Graceful Fat Sheba
  5. Weilder Of Words
  6. Frowning Atahuallpa (My Inka Love)

Marc Bolan - vocals & guitar
Steve Peregrine Took - vocals, bongos, chinese gong, assorted percussion

Debiutancka płyta duetu Tyrannosaurus Rex nosi rekordowo długi tytuł "MY PEOPLE WERE FAIR AND HAD SKY IN THEIR HAIR...BUT NOW THEY'RE CONTENT TO WEAR STARS ON THEIR BROWS". Ta i trzy następne longplaye duetu wypełnione są uroczą, niepowtarzalną muzyką, choć bardzo prostą od strony formalnej. Wszystkie te piosenki opierają się bowiem na wspaniałym, szczebioczącym głosie Marca Bolana, uzupełnionym jedynie gitarą akustyczną i bębenkami w tle. Można powiedzieć, że jest to psychodelia w wersji akustycznej. Tyrannosaurus Rex nie zdobył nigdy większej popularności, znany był tylko w rozkwitającym wtedy środowisku miłośników Tolkiena, do którego Bolan często się odwoływał w tekstach.

Niesamowitą aurą wyróżniają się kawałki "Child star", "Chateau in Virginia Waters", "Dwarfish trumpet blues", "Afghan woman", "Graceful fat Sheba". W zasadzie cały album prezentuje wysoki poziom. Równie dobre są następne longplaye "PROPHETS, SEERS & SAGES...", "UNICORN" oraz "A BEARD OF STARS". Potem powstał T.Rex i nastąpił zwrot w kierunku bardziej komercyjnym. Bolan nagrał wtedy wiele świetnych przebojów, ale nie ma w nich tej zakręconej melodyki, którą tak uwielbiam.

Ten album to doskonały dowód na twierdzenie, że w muzyce najważniejsze są pomysły, talent i osobowość. Wystarczyła gitara akustyczna i bongosy (oraz genialny głos), aby wyczarować bajkową atmosferę rodem z Tolkiena. Zespól był mocno promowany przez legendarnego Johna Peela, który zresztą wystąpił w ostatnim utworze płyty, gdzie czyta dziecięcą historyjkę.


THE ROLLING STONES - THEIR SATANIC MAJESTIES REQUEST (1967)

  1. Sing This All Together
  2. Citadel
  3. In Another Land
  4. 2000 Man
  5. Sing This All Together (See What Happens)
  1. She's A Rainbow
  2. The Lantern
  3. Gomper
  4. 2000 Light Years From Home
  5. On With The Snow

Mick Jagger - vocal
Brian Jones - lead guitar, keyboards
Keith Richards - rhythm guitar
Bill Wyman - bass
Charlie Watts - drums

"SATANIC" nie jest zbyt lubiany przez zatwardziałych fanów Stonesów. Także i inni nie doceniają tego albumu, widząc w nim jedynie nieudaną próbę konkurowania z "PEPPEREM" Beatlesów. No cóż, nie jest to rewelacja, ...but I like it...
Szczególnie pociąga mnie osiągnięte tutaj dziwaczne brzmienie. Podejrzewam, że jest ono wynikiem typowego dla wczesnych Stonesów braku odpowiedniej kontroli nad procesem nagrań. Powstało więc takie brzmienie, jakiego nie wyprodukowałby żaden profesjonalny producent i przewrotnie dzięki temu płyta brzmi tak ciekawie i oryginalnie. Zresztą w przypadku wczesnych płyt Stonesów notoryczny brak profesjonalnej obróbki dźwięku okazał się zaletą, gdyż uwypuklił ich młodzieńczą spontaniczność i dzikość.

Największa perłą "SATANICA" jest fantastyczny numer "2000 light years from home". Świetne solo gitary na tle porywającej partii melotronu. 100 % psychodelii. Ten kawałek mógłby nagrać Pink Floyd! Najlepsze (najbardziej przemyślane) podejście od strony aranżacyjnej.
Kolejnym klejnotem jest "She's a rainbow", urocza psychodeliczna ballada. Także rozpoczynający płytę, oparty na beatlesowskich harmoniach, utwór pt. "Sing this all together" ma niepowtarzalną atmosferę. Inne warte uwagi piosenki to "Citadel" i "In another land". W tym drugim po raz pierwszy i ostatni zarazem w roli wokalisty Bill Wyman.

Reszta utworów raczej nie zachwyca, ciągnąc album w ogólnej ocenie w dół. Najsłabszą częścią płyty jest zupełnie nieudany "Sing this all together (reprise)", prawdopodobnie mający być czymś w rodzaju swobodnej improwizacji. Nie wyszło.

Reasumując, Stonesi rzucili się w psychodelię z typową dla siebie młodzieńczą bezczelnością i chociaż zupełnie nie czuli tej stylistyki, udało im się stworzyć kilka naprawdę dobrych piosenek.

Jest to pierwsza płyta z trójwymiarową okładką! Na pilotującym album singlu znalazł się doskonały utwór "We love you", w którym wystąpili gościnnie Beatlesi!


THE PRETTY THINGS - S.F. SORROW (1968)

  1. S.F. Sorrow Is Born
  2. Bracelets Of Fingers
  3. She Says Good Morning
  4. Private Sorrow
  5. Balloon Burning
  6. Death
  1. Baron Saturday
  2. The Journey
  3. I See You
  4. Well Of Destiny
  5. Trust
  6. Old Man Going
  7. Loneliest Person

Phil May - vocal
Dick Taylor - lead guitar & vocals
John Povey - organ, sitar, percussion & vocals
Wally Allen - bass guitar, guitar, vocals, wind instruments & piano
Twink - drums

Oto płyta, która powstała w w tym samym Abbey Road Studio, co "PEPPER" Beatlesów i "PIPER" Floydów. Oto płyta wyprodukowana przez tego samego geniusza konsolety, Normana Smitha. Oto płyta, która powstawała w tym samym czasie Lata Miłości '67. Nie dość tego, jest to pierwsza rock-opera (The Who było drugie). Zapoznany diament czystej wody, doceniony dopiero po latach.

"S.F. SORROW" dosłownie skrzy się od pomysłów muzycznych oraz migocze wszelkimi barwami psychodelicznych brzmień dzięki wizjonerskiej robocie Normana Smitha. W rozpoczynającym album przebojowej piosence "S.F. Sorrow" (czemu nie została hitem?) usunął on po kilku taktach partię gitary rytmicznej pozostawiając jej pogłos, uzyskując w ten sposób głębię i przestrzeń.
Dwa następne utwory, "Bracelets of fingers" i "She says good morming" to idealne pastisze stylu Beatlesów z okresu "PEPPERA". Nawet chórki brzmią tak, jakby je śpiewali Beatlesi. Nic dziwnego, w końcu Beatlesi sami namawiali i przyuczali swoich kolegów z Pretty Things do nowego trendu. Podobno także i pomysł rock-opery podrzucił McCartney.

Kolejny numer i kolejny odjazd. "Private sorrow" za sprawą motywu prowadzonego na flecie kojarzy się z Jethro Tullem (na kwasie oczywiście). W refrenie znowu nas zaskakują udane nawiązania do "SGT. PEPPERA". Następna kompozycja to niesamowity odlot pt. "Balloon burning". Totalny odjazd, narkotyczny, transowy rytm, "zapętlony", acidowy riff gitary. Melodyka psychodelic folk grupy The Byrds w hardrockowej konwencji. Rewelacja !

Trochę oddechu w postaci utworu "Death", czyli nieco posępnej, gotyckiej ballady z wszędobylskimi dźwiękami sitar. "Baron Saturday" to następna pokręcona piosenka oparta na mocnym, funkowym pochodzie basu z solówką na instrumentach perkusyjnych. Pojawia się w niej głos łudząco podobny do głosu Johna Lennona !

I znowu zdumiewające kawałki. "The journey" i "I see you" to przepiękne, melodyjne kawałki  doskonale zaaranżowane w psychodelicznym sosie. Skąd oni mają tyle pomysłów ?

"Well of destiny" jest jedynym fragmentem instrumentalnym na albumie. Mocno przetworzone dźwięki fortepianu z melotronem w tle nasuwają na myśl eksperymenty Pink Floyd. A zaraz potem następne klejnociki. Po kolejnej perełce pt. "Trust" znajduje się nieprawdopodobny kawałek zatytułowany "Old man going". Nie ma słów, żeby opisać te dzieło. Spokojny wstęp z napędzającym atmosferę pianinem przechodzi w całkiem ostre granie, pojawia się mocno przesterowany gitarowy riff i ten "paskudny" wokal prosto z piekła. Ten numer powinien był nagrać Black Sabbath! Album kończy doskonała, akustyczna ballada "Loneliest person", kojarząca się z "Soldier of fortune" Purpli.

Płyta doskonała, pełna nagrań na poziomie zapierającym dech. Powinna być wymieniana jednym tchem z takimi tytułami jak "SGT. PEPPER" Beatlesów i "PIPER" Floydów. A jednak, pozbawiona promocji, zupełnie przepadła w sensie komercyjnym.
Być może jest to wina poprzedniej płyty pt. "EMOTIONS". Była to niezła płyta, niestety, firma fonograficzna Fontana "unowocześniła" brzmienie poprzez dodanie koszmarnej sekcji dętej do gotowych już nagrań. Oczywiście bez wiedzy muzyków.


THE BYRDS - THE NOTORIOUS BYRD BROTHERS (1968)

  1. Artificial Energy
  2. Goin' Back
  3. Natural Harmony
  4. Draft Morning
  5. Wasn't Born To Follow
  6. Get To You
  1. Change Is Now
  2. Old John Robertson
  3. Tribal Gathering
  4. Dolphin's Smile
  5. Space Odyssey

Jim McGuinn - 12-string guitar & vocals
Chris Hillman - bass guitar & vocals
Michael Clarke - drums

Jest to trzeci (po "5-TH DIMENTION" i "YOUNGER THAN YESTERDAY") album Byrdsów w konwencji psychodelicznej. Bez wątpliwości reprezentuje on najlepsze brzmienie z wymienionych wyżej płyt. Jest to kolejne cudo techniki nagraniowej dokonane na czterościeżkowym magnetofonie. Producentem, który tak dobrze się sprawdził, był Gary Usher.

Zadziwiający jest fakt, że tak dobrą płytę nagrał zespół rozrywany konfliktami i niesnaskami. W trakcie sesji nagraniowej odszedł, a raczej został wyrzucony David Crosby. Póżniej zespół opuścił Michael Clarke. Pozostałej dwójce pomogli dokończyć płytę dookoptowani muzycy, m. in. Paul Beaver jako spec od elektroniki i Jim Gordon na perkusji. Pomimo tych raczej niesprzyjających okoliczności powstało wiele utworów kryształowo doskonałych. 

Najjaśniejsze punkty tego wydawnictwa to m.in. bajkowa kompozycja Hillmana "Natural harmony", wypełniona elektronicznymi brzmieniami, z mocno przetworzonymi wokalami (fazery). Kawałek ten kojarzyć się może z "PIPEREM" Pink Floydów. Utwór ten jest połączony z fantastyczną kompozycją Crosby'ego "Draft morning", będącą protestem przeciwko wojnie w Wietnamie. To także jest diament czystej wody, zarówno od strony melodycznej, jak i brzmieniowej. Kolejną niespodzianką jest kawałek pt. "Change is now". Ponad połowa tego utworu to obłędna, psychodeliczna solówka, mogąca zadziwić nawet Hendrixa. Następne cudo to bardzo typowa dla Crosby'ego kompozycja "Tribal Gathering",  Delikatne, "jazzowate" rytmy, bogate harmonie, genialna solówka. Tekst opowiada o hippisowskim zlocie "The gathering of the tribes" w San Francisco w 1967 roku.
Nowe, zremasterowane wydanie tej płyty zawiera 6 bonusów, wśród nich jest legendarny "Triad". Ta perwersyjna ballada Davida Crosby'ego po jego odejściu została usunięta z programu longplaya. Ukazała się później w wykonaniu Jefferson Airplane. Grace Slick nawet bardziej pasowała do tekstu, zachęcającego do sexu we trójkę.

Pomiędzy tymi perłami znajdują się kawałki po prostu dobre. Najbardziej dynamicznym, jak na tą grupę, utworem, jest otwierający płytę "Artificial energy". Zaraz po nim następuje typowa dylanowsko-byrdsowa ballada "Going back", wzięta tym razem z repertuaru Dusty Springfield. "Dolphin's smile", proekologiczny utwór napisany przez Crosby'ego, niewiele odbiega poziomem od najlepszych tu nagrań. Nawet w takich countrowych kawałkach, jak "Wasn't born to follow" ( wykorzystanym w legendarnym obrazie "EASY RIDER" ) i "Old John Robertson" znalazły się psychodeliczne wstawki.


 
 Copyright © 2002-2004 Skalski Andrzej skalski@music.tet.pl 


zalecana przeglądarka Internet Explorer 5.xx przy rozdzielczości 800x600